Wyszukaj w serwisie:
Grudzień 2014
Pn Wt Sr Cz Pi So Nd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031
 
2014-12-22
Album o ks. Jancarzu, kapelanie Solidarności
Polecam wszystkim album o ks. Kazimierzu Jancarzu, legendarnym kapelanie...
 
2014-12-22
Kryjówka” morderców Polaków w centrum dzisiejszego Lwowa.
Informacja Wirtualnej Polonii.  Polscy kibice chyba nie zostaną wiernymi klientami tego lokalu....

O mnie
Zapraszam
Blog
Moje artykuły
Moje publikacje
Moja poezja
Życie nielegalne
Wywiady
TV, filmy i video
Kościół Ormiański
Fundacja im. Brata Alberta
Kresy Wschodnie
Ludobójstwo
Solidarność
Galerie
Odeszli do Pana
Linki
Home

Wywiady
Nowa Trybuna Opolska - Prawda czasem boli   02-04-2008, 07:40
 

 Nie natknąłem się na teczki sfałszowane przez SB.

- Niektórzy oceniają duchownych wedle zasady bmw - bierny, mierny, wierny. Ksiądz zdecydowanie nie spełnia dwu pierwszych warunków.


- Bo mierny i wierny - przed tymi cechami przestrzegano nas jeszcze w seminarium duchownym - to konformista. Funkcjonując w strukturach kościelnych, nie podejmuje żadnych działań, podczas gdy istotą powołania kapłańskiego jest to, żeby nieraz płynąć pod prąd. Świat się zmienia i nie można pozostawać przy utartych, starych schematach. Ten sam problem dotyczy nauczycieli, lekarzy, dziennikarzy. We wszystkich tych przypadkach potrzebna jest aktywność.

- Aktywność księdza przybrała szczególne rozmiary. Przejawia się w sferze politycznej - myślę o ruchu solidarnościowym, pomocy niepełnosprawnym - jest ksiądz prezesem Fundacji im. św. Brata Alberta, prowadzącej dom w Radwanowicach i 30 filii, zaangażowaniu w sprawę lustracji księży, działalności duszpasterskiej, i to zarówno wśród rzymskich katolików, jak i wśród Ormian.
- Tak się ułożyło, że żyłem w burzliwych czasach stanu wojennego, Solidarności pierwszej i drugiej, więc trudno było pozostać obojętnym. Poza tym na mojej drodze pojawiały się różne wyzwania. Pewno, że mogłem je ominąć i udawać, że nie występują, nie potrafiłem jednak nie odpowiadać na potrzebę chwili. Natomiast jeśli chodzi o sprawy ormiańskie, nie ja dokonałem wyboru, lecz moi rodzice. Mama jest z pochodzenia Ormianką.

- Rodzice dali nazwisko "Zaleski", ksiądz zdecydował się na drugie, właśnie po matce.
- Kiedy wstąpiłem do seminarium, mój ówczesny przełożony, kardynał Karol Wojtyła, przypomniał mi pochodzenie i tak pokierował moim wykształceniem, żebym był przygotowany do pełnienia służby duszpasterskiej wśród Ormian. Po wyświęceniu zasugerowano mi, że zgodnie z tradycją ormiańską powinienem nosić nazwisko podwójne.

- Udziału w wiecu pod ambasadą Turcji w ramach protestu przeciwko ludobójstwu Turków na Ormianach w 1915 roku już nikt nie narzucał. Naraził się ksiądz hierarchom Kościoła, sprzeciwiającym się używaniu słowa "ludobójstwo” w odniesieniu do tego wydarzenia.
- Nie wszystkim. Ksiądz prymas, jak i nuncjusz papieski Józef Kowalczyk domagali się usunięcia go z pomnika w Krakowie, wychodząc z założenia, że posiada konotacje polityczne, natomiast mój bezpośredni przełożony, kardynał Macharski, nie tylko był innego zdania, ale i pomnik poświęcił. Po raz pierwszy przekonałem się wtedy, że najwyższe władze kościelne w pewnych sprawach są podzielone.

- Ten podział ostatnio się utrwalił?
- Tak to widzę. To, co nazywamy lustracją w Kościele - bardzo nie lubię tego określenia, bo nadaje charakter polityczny, a mnie chodzi wyłącznie o zmierzenie się z trudną prawdą - jest wymierzone przeciwko zdarzeniom, z istnienia których biskupi doskonale zdawali sobie sprawę. W swojej najnowszej książce piszę, że w 90 r. dokonali klasycznego grzechu zaniechania, licząc, że sprawa się rozmyje. A tymczasem stało się jak z niewyleczoną chorobą, która nie tylko powraca, ale ma jeszcze gorsze objawy. Sama lustracja prędzej czy później się skończy, pytanie tylko, czy polski Kościół po śmierci Jana Pawła II potrafi rozwiązywać swoje problemy.

- A jak ksiądz przewiduje?
- Jeśli nie zostaną wypracowane pewne procedury dialogu, również ze społeczeństwem, podobne wstrząsy mogą w dalszym ciągu się pojawiać.

- Może w przypadku lustracji chodzi po prostu o to, by zbyt pochopnie nie ferować wyroków? Starannie wczytać się w dokumenty, bo, po pierwsze, służba bezpieki mogła wykazać się nadgorliwością, a po drugie, zdarzenia wyrwane z kontekstu łatwo zinterpretować fałszywie...
- Może nie wszystko zostanie wyjaśnione, ale w bardzo wielu przypadkach zachowania da się jednoznacznie określić. Problem w tym, że nie chciano czytać dokumentów. Twierdzenie, że funkcjonariusze SB nic przez 30 lat nie robili, tylko je fałszowali, żeby sprostać oczekiwaniom przełożonych, to mit.

- Kto tak uważa?
- A co mówią przeciwnicy lustracji? Że wszystko jest niewiarygodne. Niestety, w przypadku badania akt IPN-u pojawił się czynnik ideologiczny. On dał o sobie znać, począwszy od grubej kreski, która była największym złem III Rzeczpospolitej, a skończywszy na demagogicznym twierdzeniu, że w procesie lustracji do głosu dochodzą mściwość i oszołomy.

- Nikt nie mówi, że wszystkie akta SB są niewiarygodne, ale że są wśród nich również fałszywki. Dlatego apelowano, by zachować szczególną rozwagę, żeby nikogo nie skrzywdzić.
- Nie natknąłem się na teczki sfałszowane przez SB. Natomiast w książce "Księża wobec bezpieki" szczegółowo opisałem przypadki, gdy ktoś rejestrowany jako tajny współpracownik w rzeczywistości nim nie był, a także, gdy co prawda podjął współpracę, ale ją przerwał. Takie sytuacje nie uszły mojej uwadze. Nie powodowałem się żadnym pośpiechem. Pierwsze akta otrzymałem w październiku 2005 r., w lutym 2007 ukazała się książka. Gdybym pracował dłużej, znalazłyby się inne powody do oskarżeń.

- Jak wobec tego rozumieć fakt, że ksiądz zdążył zebrać kompletny materiał, a kościelna komisja historyczna przeanalizowała zaledwie dwa procenty akt?
- Kiedy wszedłem do IPN-u, większość akt nie była jeszcze przez nikogo czytana, a przecież skoro zwykły śmiertelnik, jakim jestem, nie miał z tym żadnych problemów, tym bardziej nie miałoby ich oficjalne gremium. Rzecz w tym, że nikomu na wejściu nie zależało. Komisja kościelna przystąpiła do pracy, kiedy książka "Księża wobec bezpieki" została zesłana do druku, i wyraźnie zaczęła poruszać się moim śladem.

- Wytknięto księdzu błędy merytoryczne?
- W tym rzecz, że nie. Nikt z "poszkodowanych" nie złożył wniosku ani do sądu kościelnego, ani do biskupiego, a przecież prawo kanoniczne wyraźnie stanowi, że każdy, kto czuje się przez innego księdza obrażony czy pomówiony, ma pełne podstawy go zaskarżyć. Jeśli w ciągu roku z tego nie skorzysta, daje dowód, że zgadza się z zarzutami.

- Przy innej okazji powiedział ksiądz o naciskach, żeby pewnych dokumentów nie czytać.
- Kanclerz kurii krakowskiej starał się na mnie wymóc, żebym nie czytał aktów sprawy TW o pseudonimie "Recenzent", pochodzącego z Warszawy. Drugi przykład: próbowano wywrzeć wpływ na IPN, żeby nie wydano mi akt Wiktora Skworca.

- W sprawie arcybiskupa Skworca było trochę zamieszania. "Gość Niedzielny" utrzymywał, że jego nazwisko jako TW zostało wymienione pomyłkowo, co podtrzymywał sam arcybiskup.
- Ja napisałem swoje, arcybiskup swoje.

- Trzeba przyznać, że wszystkie diecezje powołały komisje kościelne...
- Które albo umarły śmiercią naturalną, albo działają opieszale. Powołam się na przykład olsztyński: było wiadomo, że dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Mazursko-Warmińskiego jest zarejestrowany w archiwach jako tajny współpracownik, ale przez cały rok władze kościelne nic z tą sprawą nie zrobiły. Dopiero kiedy młody historyk opisał ją w piśmie regionalnym, zaczął się wielki krzyk.

- Jak pod tym względem przedstawia się sytuacja w Opolu?
- Minął rok i diecezja opolska, podobnie jak wiele innych diecezji, nie opublikowała ani słowa, tak jakby czekała na rozwój wypadków. W Episkopacie też dokonano kroku wstecz, bo Komisja do spraw Oceny Etyczno-Prawnej akt ogłosiła, że spośród 130 biskupów kilkunastu zostało zarejestrowanych, nie podała jednak nazwisk i nie opisała poszczególnych przypadków. Stwierdziła jedynie, że biskupi byli nieroztropni. Według mnie sprowadzenie nagannych zachowań do nieroztropności jest zachętą dla innych. Kościół ma obowiązek głosić prawdę.

- Jak po wydaniu "Księży wobec bezpieki" potoczyło się księdza życie?
- Moja wypowiedź, wzywająca do autolustracji, zadziałała jak kamyczek, który pociągnął lawinę. Wydawało mi się, że będzie to sprawa nowohucko-krakowska, a tymczasem kręgi rozeszły się na cały kraj.

- Narobił sobie ksiądz wrogów?
- Nie. Coraz więcej księży mnie rozumie. Właściwie od samego początku ich nie brakowało. Dominowała grupa przeciwników, oni byli głośniejsi, ale też mieli ku temu powody osobiste. Spotkałem się z wieloma reakcjami pozytywnymi, choćby ojców dominikanów, jednego z najbardziej prężnych, najbardziej znaczących klasztorów. Po całej zawierusze z ojcem Hejną dominikanie powołali komisję kościelną i opublikowali wyniki badań akt IPN-u. Dziś chodzą z podniesionym czołem. Natomiast obecny na Opolszczyźnie zakon jezuitów, prowincja południowa, początkowo starał się rzecz spacyfikować: jednego z diakonów usunięto, innemu zakneblowano usta, po czym akta wybuchały jak petardy. Do dnia dzisiejszego jezuici nie chcą się z tą sprawą rozliczyć.

- Spodziewałam się, że uderzy ksiądz w ton osobisty. Można mieć poczucie racji i zachować spokój sumienia, niemniej nieprzychylność otoczenia... Tego nie przeżywa się tak łatwo.
- Na pewno. I dlatego zdecydowałem się na napisanie książki "Moje życie nielegalne", która jest szczera do bólu i pokazuje bardzo dokładnie motywy, jakimi się kierowałem.

- Spora część książki poświęcona jest nieznanemu szerzej rozdziałowi życia księdza - pomocy niepełnosprawnym w Fundacji św. Brata Alberta.
- Opisuję, jak wielką wartością są w Kościele osoby niepełnosprawne i wszelkiego rodzaju dzieła charytatywne.

- Choć obserwując ich, można odnieść wrażenie, że to mało prawdopodobne. Gdy ksiądz odprawia mszę, pani Małgosia woła "Ooo, ksiądz Zaleski winko pije!", inny podopieczny zaprowadził tak idealny porządek w magazynie, że nie chciał nikomu niczego wydawać, a jeszcze inny po ukończeniu kadencji nie był w stanie zrozumieć, że jego sytuacja się zmieniła.
- Barwne opisy osób niepełnosprawnych mają służyć temu, żeby przedstawić prawdę o środowisku, a także, iż ktoś, kto nie mówi, nie czyta i nieraz źle kojarzy, ma w sobie ogromne pokłady człowieczeństwa i niewzruszoną wiarę w Boga.

- W "Moim życiu nielegalnym" opisuje ksiądz dwa lata spędzone w jednostce wojskowej w Brzegu.
- Dokładnie dwa lata i 56 dni. Dodano mi cokolwiek, musiałem odsiedzieć areszt. Służba wojskowa kleryków to nieznany rozdział w dziejach Kościoła polskiego: od połowy lat 60., kiedy obchodzono milenium chrztu Polski, zarządzono pobór kleryków, zmuszając tym samym do przerwania studiów. Była to próba zniechęcenia ich do powrotu do seminarium. Mnie wcielono do istniejącego w Brzegu 79 roku batalionu ratownictwa terenowego, bezpośrednio podległego Głównemu Zarządowi Politycznemu WP. Przez dwa lata miałem okazję poznać Opolszczyznę, oczywiście kilka razy byłem w Opolu, w ramach przymusowo-dobrowolnych czynów społecznych wożono nas do PGR-ów w Baborowie, w okolice Kietrza. W wojsku po raz pierwszy zetknąłem się z problemem mniejszości niemieckiej. W brygadzie saperów było bardzo dużo żołnierzy, nie tylko noszących niemieckie imiona i nazwiska, ale po kryjomu rozmawiających w tym języku. Pozostawali pod lupą władz, a żołnierz korespondujący z rodzicami po niemiecku naraził się oficerowi politycznemu.

- Dodajmy jeszcze, że był ksiądz specjalistą od wyrzutni rakiet...
- ... ziemia - powietrze, czyli łopata. Ta łopata mi się przydała, gdy zacząłem budować schronisko dla niepełnosprawnych w Radwanowicach. Koszary były stale zimne, a że straszono nas, że lada moment wejdzie do Polski Bundeswehra, ukuliśmy takie powiedzenie - "Nie potrzeba Bundeswehry, bo wystarczy minus cztery".

Danuta Nowicka, Nowa Trybuna Opolska, 23 marca 2008

 
powrót do listy wpisów

Ks. Tadeusz
Isakowicz-Zaleski
Studio64 effata
Prawa autorskie do umieszczonych tekstów | Kontakt
Jesteś 12017084 gościem na mojej stronie od godz. 12.00 dnia 01.06.2007
Strona używa plików cookies - wyłączenie obsługi jest możliwe w Państwa przeglądarce